Temat bieżącego (2006/7) roku formacyjnego „Idźcie i głoście” skłania do refleksji – jak ewangelizować w rodzinie? Gdy słyszymy „idźcie i głoście”, na pierwszy rzut oka wydaje się, że chodzi o niewierzących. Chciałoby się wyjechać na misje do Afryki czy Rosji, aby głosić Chrystusa. Może to i dobry pomysł, ale czy nie lepiej się zapytać, – jakim jestem apostołem w swojej rodzinie, czy dbam o życie religijne moich dzieci i mojego małżonka.

Rodzice pierwszymi świadkami Ewangelii

Ojciec Blachnicki w „Liście do wspólnoty rodzin” nr 106 „Ewangelizacja i katechumenat w rodzinie” przypomina, że rodzice są pierwszymi świadkami Ewangelii wobec dzieci. Nasza decyzja, aby przez sakrament chrztu nasze dzieci stały się chrześcijanami, obliguje nas do wypełniania zobowiązań. I są to zobowiązania „wobec Boga, wobec Kościoła i samego dziecka”.

„Obowiązkiem zaś rodziców chrześcijańskich, którzy zdecydowali się na chrzest swego dziecka jest troszczenie się o to, aby dziecko w miarę dochodzenia do używania rozumu zetknęło się z przepowiadaniem zbawienia, aby mogło uczynić świadomy akt wiary.

Wielu rodziców chrześcijańskich niestety dziś nie ma jasnej świadomości tego obowiązku, wypełnia go tylko częściowo i powierzchownie, ale uważa, że spełnia ten obowiązek wystarczająco przez „posyłanie” dziecka na naukę religii. Tymczasem nikt nie może wyręczyć i zastąpić rodziców w ich roli pierwszych świadków Ewangelii wobec dzieci i budzicieli ich życia wiary.” – ks. F. Blachnicki

 Po przeczytaniu tej wypowiedzi naszego założyciela, trzeba postawić sobie pytania: Jakim jestem „świadkiem Ewangelii” dla moich dzieci? Jaka jest moja wiara? Czy poprzez moje zachowanie, moje postawy życiowe jestem „budzicielem wiary” u moich dzieci?

My, jako rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za rozwój naszych dzieci. Dbamy o ich wykształcenie i ich zdrowie. Posyłamy na korepetycje, zapisujemy na dodatkowe lekcje języków obcych, chodzimy do dentysty i ortodonty oraz zawozimy do sanatorium. Wiele nas to kosztuje i czasu i pieniędzy. I dobrze, bo w swoje dzieci warto i trzeba inwestować. Ale zapytajmy siebie, ile wysiłku wkładamy w to, aby wzmocnić wiarę naszych dzieci? Czy dziedzinie życia duchowego naszych dzieci poświęcamy również tyle funduszy i czasu? Kiedy nasze dziecko było na rekolekcjach? Czy czyta Pismo św. i książki religijne? Czy regularnie się spowiada (I piątki miesiąca)? Czy modlimy się z naszymi dziećmi? Czy „przyłapują” nas, gdy rozmawiamy „sam na sam” z Bogiem?

Aby być „świadkiem Ewangelii” i „budzicielem wiary” u dzieci, samemu trzeba mieć mocną wiarę, ciągle ją rozwijać i pielęgnować. Jeśli sami nie będziemy mieć czasu na osobistą modlitwę - Namiot Spotkania czy czytanie Pisma św. nasza wiara będzie karłowata i zamiast świadczyć o Ewangelii, będziemy zaprzeczać dobrej nowinie, będziemy żyć „jak gdyby Bóg nie istniał, jakby nie był miłością” (Jan Paweł II)

Aby świadczyć, potrzebna jest wiara

A zatem, jak dbać o naszą wiarę? Ojciec Blachnicki wskazuje na pięć celów, do których trzeba dążyć, by stawać się pełnym, dojrzałym chrześcijaninem.

By je osiągnąć należy wdrażać się do:

  1. życia Słowem Bożym
    (podejmować decyzje i rozwiązywać życiowe problemy w świetle Słowa Bożego)
  2. życia modlitwy
    (osobiste spotkanie z Chrystusem)
  3. stałego życia sakramentalnego
    (zwłaszcza eucharystii)
  4. dawania świadectwa o swoim spotkaniu z Chrystusem wobec innych ludzi w środowisku codziennego pobytu
  5. postawy służby, diakonii we wspólnocie Kościoła przy pomocy otrzymanych darów uzdolnień, czyli charyzmatów.

Dwa pierwsze cele staramy się osiągać poprzez realizację naszych zobowiązań. „Rozliczamy” się z nich podczas comiesięcznych spotkań. Dlatego warto zatrzymać się i zastanowić nad trzema kolejnymi celami: nad naszym życiem sakramentalnym, nad dawaniem świadectwa w codziennym środowisku i nad naszą służbą w parafii i Domowym Kościele.

Życie sakramentalne (Eucharystia i sakrament pojednania) to wielka łaska dana nam od Boga. Bez tej siły nie uda nam się być dobrym chrześcijaninem – świadkiem Ewangelii. Z doświadczenia wiem, że po dobrze odprawionej spowiedzi łatwiej przychodzi mi realizacja zobowiązań oraz łatwiej porozumieć się z dziećmi i żoną. A Eucharystia dodaje mi sił, by być dobrym człowiekiem – lepszym małżonkiem, ojcem i pracownikiem (po porannej Eucharystii nie wypada źle pracować…)

Dawanie „świadectwa o spotkaniu z Chrystusem w środowisku codziennego pobytu” to trudne zadanie, o którym nie pamiętam lub nie chcę pamiętać. Rzadko rozmawiam o sprawach religijnych w pracy, choć od czasu do czasu takie rozmowy się zdarzają. Czy inni patrząc na mnie, na moją pracę, zauważają we mnie chrześcijanina – nie wiem. Może za rzadko spotykam się z Jezusem na modlitwie i Eucharystii?

Czy dzielę się z innymi swoimi darami? W parafii – niewiele L. A w Domowym Kościele, czasami jestem lektorem podczas Mszy św., próbuję coś mądrego napisać do gazetki „Rodzina” (sam się dziwię, że cokolwiek piszę, gdyż z polskiego zawsze miałem „trójkę”), i razem z żoną (Beatka ma zdolności organizacyjne) organizowaliśmy Sylwestra oazowego i ORAR w Czarnej, byliśmy parą pilotującą, obecnie służymy jako para rejonowa.

Jakim jestem „świadkiem Ewangelii” w mojej rodzinie, w pracy i w Domowym Kościele? Warto nad tym pytaniem zastanowić się u progu nowego roku. Życzę wielu łask od Pana i mądrych decyzji w 2008 roku.

-Zdzisław Jamróz