Mam na imię Martyna. Na oazie znalazłam się chyba bardziej z przypadku niż z własnej inicjatywy i chęci. Przed tymi rekolekcjami moje życie było różnokolorowe czasem lepsze, gorsze. Ostatnie dwa lata były dla mnie ciężką próbą dowiedziałam się, że jestem chora. Leki, które dostałam uniemożliwiały mi moją pasję jaką jest piłka nożna. Na treningach czułam się coraz gorzej, bo szybciej się męczyłam. Odstawałam od innych zawodniczek formą. kiedy jakoś wszystko się unormowało nie miałam odwagi w pełni wrócić do klubu. wracałam kilka razy, ale i tak rezygnowałam. Umiejętności nie były już takie jak kiedyś. Ciągle jednak trenuję sama w domu głównie triki, bo miłość do tego sportu została. Kolejny rok jeszcze gorszy. Tym razem zachorowała mama i musiała zrezygnować z pracy by znaleźć taką w której może pracować. Widziałam jak z każdym dniem zamyka się w sobie. Krzyczała na mnie z byle powodu, a ja gasiłam to scyzorykiem, dlatego że miałam wrażenie, że nauczycielka, z którą będę musiała się rozstać niebawem docenia mnie bardziej niż mama. Takie miałam urojenia. To rozstanie ciężko przeżyłam i do tej pory tęsknię za nią, mniej, ale tęsknię. Prosiłam Boga, że jeżeli ja cierpię choć nie dostrzegałam tego, już taka byłam omotana to niech mama wreszcie uśmiechnie się. Pewnego dnia wracam ze szkoły i jest radość Dostała pracę. Zupełnie inna mama niż do tej pory. Wtedy poczułam, że Bóg mnie wysłuchał tej automatycznej modlitwy. No i w te wakacje trafiłam na oazę Zycie sprawiło mi niespodziankę. Doznałam akceptacji, poznałam Boga i porządnie się wyspowiadałam z wszystkiego co mi ciążyło. Teraz nie mogę zrozumieć moich rówieśników, że tak gnoją swoje życie. Nie chodzą do Kościoła, a przecież nie ma wspanialszego doświadczenia jak Ciało i Krew Chrystusa. Dlatego będę każdego namawiać na oazy żeby poczuł miłość i akceptację jak ja teraz.

Martyna I* ONŻ