Przed rekolekcjami prowadziłem  (jak mi się wydawało) całkiem  życie. Oczywiście, starałem modlić się codziennie, przystępowałem regularnie do spowiedzi, przyjmowałem Komunię Świętą... Jednak miałem wrażenie, że coś jest nie tak.

Na oazie Pan Bóg pokazał mi, iż prowadzę życie na własną rękę. Niby przyjąłem Chrystusa jako mojego przewodnika, ale jak przychodziła jakaś trudność, czy pokusa to: "Spokojnie, Panie Jezu, ja sobie poradzę". Kończyło się to porażką, upadkiem, gdyż sami życia sobie nie potrafię dobrze poukładać, ani ze złym walki wygrać. Gdy przyszedł czas przyjęcie Chrystusa na Pana i Zbawiciela postarałem się "wpuścić" Go we wszystkie sfery mego życia.
Jak się okazało moja pycha jest bardzo obszerna. Zrozumiałem, że każdy element życia jaki mnie spotyka, to tylko dzięki Niemu. Jeśli Bóg pozwoli mi się skupić to się skupię. To że przed Nim stoję, to nie dlatego, iż jestem taki super, tylko dzięki Jego łasce. Wszystko istnieje dzięki łasce.

Moja wiara była taka można powiedzieć "fajerwerkowa". Kiedy doświadczałem niesamowitych rzeczy na modlitwie, to trwałem przy nim. Pan pouczył mnie, że nie na tym wiara polega. Bóg czasem daje "Wow", ale np. po to, żeby, coś w nas pobudzić. Wszechmocny powoli oswaja mnie z tą prawdziwą wiarą.

Stworzyciel również przemawia poprzez Swoje Słowo. Poprzez losowe otworzenie stron otrzymałem fragment Am 1,6-8. Na początku go nie pojąłem o co Panu chodzi. Poprzez kolejne dni Najwyższy przekonywał mnie abym zostawił zafascynowanie mrokiem, agresją i brutalnością Przecież: "Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości!" (Ef 5,8). Fragment z księgi Amosa umocnił mnie w tym, że mam "spalić" to co mnie zniewala.

 Pan przyszedł również w słowie Mt 5,21-26. Byłem wtedy po spowiedzi. Zrozumiałem, że Pan pojednuję się ze mną i chce, żebym pojednał się z bliźnimi. W sumie nigdy wcześniej nie przywiązywałem do tego większej wagi.

Za owoc tych niesamowitych rekolekcji: Chwała Panu!

Piotrek I* ONŻ

Amen!