Alleluja!

Kiedy trzy lata temu na dniu wspólnoty oaz trzynastego dnia rekolekcji (mój ONŻ 1°) stałem na chórku i słuchałem świadectw, myślałem:  „Łał, ale ludzie mają power, a ja też przyjąłem Chrystusa jako mojego Pana i Zbawiciela, wrócę do domu i nauczę wszystkich jak wierzyć w Pana Boga!”

Nic z tego. Po miesiącu entuzjazmu zostało mi tylko do chodzenia na spotkania. Jednak z perspektywy 3 lat wiem, że to był początek poznania Bożej miłości. Przez ten czas przeżywałem chwile radości i smutku, wiary żywej i pustyni. Przyznam szczerze, że choć czytałem niemało o wierze, cudach, książek religijnych, to z Namiotów Spotkania zrezygnowałem. Jednocześnie wciąż mi czegoś brakowało.

Jest taka pieśń:

„Tak mnie skrusz, tak mnie złam, tak mnie wypal Panie,
Byś został tylko Ty, byś został tylko Ty, naprawdę Ty”.

Nigdy czegoś takiego nie czułem. Wiele razy się ją śpiewało, ale uznałem ją po prostu za zwykły utwór muzyczny. Do czasu.

Spotkałem się już z zaśnięciami w Panu, z niesamowitym zjawiskiem kiedy ktoś „odpływa” upadając na ziemię, a choćby nie wiem jak mocny był upadek, nic się takiej osobie nie stanie. To działanie Ducha Świętego. Nigdy bym się nie spodziewał, że Chrystus przyjdzie jeszcze „bliżej”: jednej z naszych koleżanek dał poczuć namiastkę swojego umęczenia na Krzyżu. Ta dziewczyna naprawdę cierpiała, szlochała, nigdy wcześniej nie widziałem takiego bólu. Jezus przekazał jej przy tym przesłanie wzywające do odmawiania Koronki do Bożego Miłosierdzia..

Dla mnie najważniejszym momentem oazy była Droga Krzyżowa ósmego dnia oazy. Na początku zanuciłem sobie powyższą pieśń, ot tak, i szedłem dalej. Od której stacji zaczęła płakać ta sama koleżanka. Coraz bardziej i bardziej. Jak się domyślaliśmy Jezus jeszcze raz ją doświadczał. Szedłem nieopodal modląc się za nią na Różańcu, gorliwie jak chyba nigdy, i chcąc niejako przejąć na siebie część jej cierpień. I to mnie po prostu złamało. Świadomość, że Chrystus jest tak blisko, i przy Jego cierpieniu i Jego miłości to wszystko co ludzkie nie ma po prostu znaczenia. Wszystkie moje dotychczasowe problemy, żale, strachy, samodzielność, życzenia i dbanie o opinię – zostały  w y p a l o n e.  Do tego stopnia, że po jednej z kolejnych stacji, nomen omen dokładnie po dwunastej, przyznałem się że prawie zabiłem 3 osoby.  Powiem tu to samo co wtedy, na Drodze.

W połowie tamtej dekady, niedaleko mojego osiedla zginęła młoda dziewczyna, potrącona przez samochód kiedy przechodziła na pasach. Nie znałem jej, o wydarzeniu dowiedziałem się z gazety, ale tak mnie to jakość szczególnie przejęło, że codziennie wieczorem modliłem się w jej intencji, o wieczny odpoczynek. Miała kilkanaście lat, całe życie przed sobą, atak nagle odeszła z tego świata, zupełnie niewinnie.

Kilka lat później jechałem gdzieś samochodem, wkurzony po jakiejś kłótni w domu. Nie jechałem szczególnie szybko, tyle że lewym pasem. Nie zauważyłem, że kierowca po prawej zwalnia przed przejściem. Pojechałem dalej. Dosłownie o lusterko minąłem trzy osoby na przejściu. W tym momencie jak żywe stanęło mi wspomnienie o tej dziewczynie. To jej wstawiennictwo uratowało życie – zakładając najgorszy scenariusz – 4 osób, w tym mnie przed spędzeniem wielu lat za kratkami. Od tej pory dalej codziennie się za nią modlę, no i jeżdżę jeszcze rozważniej.

Duch Święty jest mistrzem improwizacji i niezwykłego łączenia faktów. Tak się złożyło, że na oazie była też przyjaciółka siostry zmarłej dziewczyny. Od niej dowiedziałem się, za kogo i do kogo tyle lat się modliłem, a dla niej historia stała się umocnieniem w wierze.

Dziewczyna, która miała te objawienia, dała później jeszcze jedno świadectwo, mianowicie Jezus po całym tym cierpieniu które dał jej poczuć, zapewnił o swojej bezgranicznej miłości, że za każdego umarł i każdy z nas z urodzenia i chrztu jest już zbawiony, byleśmy się nie odwracali od Jego miłości.

Dla wierzącego człowieka nie ma przypadków. Średnio wierzący albo niewierzący mogą nawet całe życie przeżyć w przekonaniu że wszystko w ich życiu jest dziełem ich pracy, czasem ślepego losu. Dla wierzącego te przypadki to prowadzenie przez życie działaniem Ducha Świętego. Wierzącego, czyli tego, który zaufał Jezusowi, nie sobie, który wybrał wolność w miłości Bożej, wolność od tego co złe.

Powrót z oazy oznacza koniec cudów? Nic bardziej mylnego. Drugiego dnia po powrocie straciłem laptopa w najgłupszy możliwy sposób. Siadłem na ławce, plecak położyłem obok, a wstałem i poszedłem dalej bez plecaka. Dwie godziny później został sam plecak. Jakie licho że akurat dzisiaj skasowałem też kopię zapasową danych? Normalnie powinienem się załamać. Ale oazowi cz pyta się: Co Pan Bóg chce mi przez to powiedzieć? Po pierwszym szoku paradoksalnie poczułem się spokojny. Jednym cięciem Bóg uwolnił mnie od tego, co też było w jakimś stopniu zniewoleniem. Laptop i wszystko co na nim przez lata zbierałem i czyniłem, zamiast poświęcić czas ludziom, zbyt bardzo stał się częścią mnie, częścią której przecież do grobu bym nie zabrał.

Wróciłem do domu i otworzyłem na losowej stronie Pismo Święte, kupione tydzień wcześniej w Krościenku. Ot tak, niech będzie cokolwiek, zrobię Namiot Spotkania, ochłonę trochę. I co czytam: "Sprzedaj wszystko co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie" (Łk 18, 18-23). To właśnie jest w praktyce to, czego uczy Kościół: Bóg do nas mówi przez swoje Słowo! Bóg wręcz pomógł mi pozbyć się jednego ze skarbów, abym miał skarb w niebie. Żeby było ciekawiej, dwa dni później siadłem do Namiotu Spotkania, sprawdzam na kielce.oaza.org.pl jaki jest na ten dzień – i trafiam dokładnie na ten sam fragment, tylko że z Ewangelii wg Św. Marka. Przypadek?

Oderwanie od laptopa (może nie dosłownie, bo na czymś to teraz piszę) pozwoliło na rozwijanie miłości poznanej też na tych rekolekcjach. Cudów nigdy za wiele. Około dziesięć lat temu usłyszałem w kościele takie kazanie dla dzieci o Jasiu i Małgosi. Małgosia była bardzo zakochana w Jasiu, i zamiast modlić się: „Boże daj mi dobrego męża” modliła się „Daj mi Jasia za męża”. Bóg posłuchał, ale okazało się, że po ślubie Jasiu pił i bił. Wtedy ja zaniosłem do Boga swoją prośbę: „ Boże, ty znajdź dla mnie dziewczynę”.

Bóg tak dosłownie potraktował moją prośbę, że nie tylko zesłał mi miłość życia właśnie teraz, ale przez te całe lata rozwalał wszystkie moje próby znalezienia dziewczyny, kiedy wątpiłem w Jego Opatrzność. Błąd też sam czyniłem, modląc się o miłość tak, jakbym chciał jej tylko dla siebie. Jedno z nabożeństw zmieniło kierunek tych modlitw – zacząłem się modlić o miłość nie do jednej osoby, ale do wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają. Tym zakochaniem się Bóg rozwalił także pojęcie miłości jako nagrody za dobre postępowanie. A rozwój tej miłości to naprawdę nie skutek moich zabiegów, ani Jej, ale Ducha Świętego.

Nie było łatwo to napisać. Po części z braku czasu, a po części… No właśnie. Na różne miłe rzeczy czas i chęci zawsze się znajdą. Ale na to, co związane z wiarą, już niekoniecznie. To niestety działanie szatana, bardzo prawdziwe i realne. Bardzo by chciał, abyśmy zapomnieli o tym, co przeżywaliśmy na rekolekcjach,  włożyli między bajki albo wręcz zanegowali prawdziwość zdarzeń jakie miały miejsce. Niech to świadectwo będzie umocnieniem dla innych.

Chwała Panu!