ALLELUJA!
Swoje ONŻ3 podzieliłabym geograficznie, na dwa etapy: Kielce-Madryt. W Kielcach wszystko było standardowo i „po oazowemu” (choć pochodzę z Siedlec i wyzwaniem było dla mnie wtopić się w grupę znanych sobie nawzajem od lat osób jako ta jedyna „nieznana”), bardzo radośnie.
Największym odkryciem tej części było dla mnie spotkanie w ramach poznawania „ Żywego Kościoła” z panem, który pisze ikony, bo po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że moje powołanie – którego tak intensywnie poszukiwałam ostatnio zupełnie z dala od swojego normalnego życia – jest bardzo blisko. Nie bez kozery urodziłam się w takim a nie innym miejscu i Bóg pozwolił mi podjąć takie a nie inne studia (historia, szczególnie historia Kościoła i Rosji), mieć takie a nie inne zainteresowania i pragnienia. To wszystko określa, co On dla mnie na ten fragment mojego życia przeznaczył! - i już nie zastanawiam się, czy będę to robić samotnie, w rodzinie, czy w zakonie. Na razie odkrywam to, co On daje mi na co dzień – to, że mogę służyć innym moim wykształceniem, zdolnościami, wiedzą, i że sama pragnę nadal rozwijać ten potencjał, jaki On mi dał.
Weryfikacja mojego chrześcijaństwa i wszystkich oazowych treści przyszła dopiero przy wyjeździe na ŚDM. To wtedy faktycznie zaczęło się poznawanie Kościoła. Upał, własna choroba (dwa tygodnie z zatkanym nosem, nieczynnym gardłem i gorączką na zmianę), koszmar organizacyjny Hiszpanów, ale przede wszystkim zmęczenie wylewające się z ludzi na różne sposoby – to wszytko sprawiało, że było bardzo ciężko. Radośnie, we wspólnocie, odnajdywało się w tym piękno – ale do tego piękna trzeba się było przedzierać przez własną fizyczną słabość, uprzedzenia i złości.
Wkrótce musiałam zacząć sobie radzić z antyświadectwem innych. Bo obserwowałam pewną zagorzałą oazowiczkę, która potrafiła zjechać swoją młodszą koleżankę bardzo nieparlamentarnie i bardzo nie po chrześcijańsku. Albo kleryka, który ewidentnie miał problemy ze swoim powołaniem. Albo tłum, ogromny tłum ludzi, który podczas mszy palił papierosy, śpiewał, jadł – ale na pewno nie przyjechał na spotkanie z papieżem i z Bogiem...
Gdy tak obserwowałam to, myślałam sobie: Jezu, w coś Ty mnie wpakował?!
To to ma być ten święty, powszechny, apostolski Kościół?!
I z tymi ludźmi, którzy są dla siebie nawzajem tak przykrzy, mam iść do nieba?!
Buntowałam się dosyć długo – nie szło to w parze z przekonaniem o własnej świętości , żeby było jasne - ale w końcu powiedziałam: tak, Panie. Chcę być w tym Kościele, grzesznym i słabym. Sama jestem grzeszna i bardzo słaba. Ale chcę być, bo on ma jedną, niepodważalną i niepowtarzalną zaletę: jest Twój i Ty stoisz na jego czele. A ja chcę należeć do Ciebie. Muszę tu dodać – z perspektywy dwóch miesięcy – że Pan Bóg nadal bardzo mocno weryfikuje tę moją decyzję. Nie zabrał trudności. Strasznie wiele rzeczy mnie irytuje w Kościele, w postawie innych wierzących, tak ciężkiego okresu pod względem swojej przynależności do tej wspólnoty nie miałam nigdy – a jednocześnie nigdy tak mocno nie uświadamiałam sobie, że to jest właśnie ta wspólnota, w której Bóg chce mnie zbawić. Nie jest lekko – ale jest dla Boga i prowadzi do Boga. Wiem, że to mnie umacnia, i być może kiedy przyjdzie czas, że wielu ludzi będzie odchodziło, będę mogła podzielić się tym swoim doświadczeniem zmagania się, aby ono dało do myślenia innym.
Podsumowując: to był dobry czas, bardzo intensywny. Czas uczenia się pokory, poznawania własnych słabości – i uczenia się postawy miłości wobec innych, cierpliwości dla ich słabości, uczenia się bycia dla drugiego człowieka, służby. Przede wszystkim czas Boży, pokazujący, że w największym tłoku i ścisku można – i trzeba – szukać miejsca dla Niego, aby On nas i nasz świat wypełniał i przemieniał.

Chwała Panu!          
Magda Chomać III ONŻ Kielce - Madryt